sobota, 8 lipca 2017

Chłodna poduszka

Pewien mądry człowiek powiedział mi kiedyś, że lubi dotyk chłodnej poduszki na policzku. Zastanawiał się, czy inni ludzie także to lubią. Jego stwierdzenie wydało mi się wtedy tak banalne i groteskowe. Któż by się rozmyślał o takich drobiazgach, jak dotyk chłodnej poduszki? Są przecież sprawy bardziej istotne, wewnętrzne przeżycia, tęsknoty, cierpienia, niespełnione marzenia... Byłam tak pochłonięta swoją własną przepełniającą mnie udręką, tak przekonana o tym, że jestem na nią skazana, że takie drobiazgi jak dotyk chłodnej poduszki na policzku nie zajmowały mojej uwagi ani przez chwilę.

Od tej rozmowy minęło parę lat. A jednak wryła mi się ta chłodna poduszka w pamięć. I teraz wróciła do mnie. Chłodny dotyk na policzku. Tak, oczywiście, że to lubię. Przecież to takie przyjemne uczucie. Tak miło zanurzyć się w pościeli i poczuć ten chłodny dotyk tkaniny na skórze. Ba, przecież w nocy niejednokrotnie przewracam poduszkę na drugą stronę, po to tylko, żeby poczuć ten chłód...

Dlaczego właśnie teraz to wróciło do mnie? Czyżbym pokonała moją wewnętrzną udrękę? Może powolutku, pomalutku zaczynam ją rozkruszać. Może kiedyś się jej pozbędę? W każdym razie, przynajmniej zaczynam w to wierzyć. Powoli kiełkuje i dojrzewa we mnie taka myśl: a co, jeśli to wszystko jest jednak tak proste? A co, jeśli chodzi właśnie o tę chłodną poduszkę, o widok różowego nieba w letni wieczór, o śpiew ptaków w uszach, i przyjemność, gdy czuję ziemię pod stopami? A co, jeśli to właśnie te banalne drobiazgi nadają życiu sens, smak, dają radość, a co jeśli - jeśli właśnie to jest SZCZĘŚCIE?

Wracam myślami do tamtej rozmowy... i myślę teraz, że utkwiła mi w pamięci dlatego, że już wtedy czułam, że rozmawiam ze szczęśliwym człowiekiem. Człowiekiem, który nie broni się przed szczęściem z całych sił, tylko z łagodnym uśmiechem przyjmuje te wszystkie banalne drobiazgi, które spotykają nas każdego dnia. Może i ja zdołam nabyć tej mądrości, może jestem blisko, skoro wreszcie zrozumiałam i zaakceptowałam, że i mnie cieszy dotyk chłodnej poduszki na policzku.

niedziela, 6 marca 2016

Po prostu mama

Rodzimy dzieci po to, żeby je mieć blisko, tulić, kochać. Chcemy spędzać z nimi czas, obserwować, jak rosną i się rozwijają. Chcemy je mieć, być z nimi.

Co się więc dzieje takiego, że gdy już je mamy, robimy wszystko, by je od siebie odłączyć, oddzielić, oddalić? Odkładamy je do łóżeczka, odstawiamy od piersi, chcemy, żeby same zasypiały, bawiły się, radziły sobie z rozczarowaniami. Czasem bardzo pragniemy tego oddalenia, tylko po to, by poczuć się znowu sobą, tym kimś, kim byłyśmy całe życie przed pojawieniem się małego człowieczka, który całkowicie je odmienił. A czasem wcale tego nie chcemy: chcemy być blisko, nosić, tulić, karmić, rzucić wszystko i poświęcić się tylko tej najważniejszej już teraz osobie. Pragniemy tego, ale wcale tego nie robimy... Dlaczego?

Czy dlatego, że zewsząd słyszymy, jak ważne jest, byśmy oprócz bycia mamą były kobietami, żonami, pracownicami?

A może tak bardzo boimy się przyznać, że już nie chcemy być tylko nimi, że coś się zmieniło, i to zmieniło tak bardzo, że nic tego nie odwróci - już nigdy nie będziemy takie, jak przedtem.

Naprawdę dobrze się czasem oddalić, pobyć trochę tylko ze sobą. Ale dobrze też posłuchać czasem swego serca, które mówi, żeby być razem ze swoim dzieckiem, kochać je, tulić i wspierać, kiedy tylko tego potrzebuje. Być mamą, tak jak tego chciałyśmy.

Co na talerzu? Wspomnienia z krańca świata

Pad thai, morning glory, sticky rice, khao soy, tom kha, tom yum, papaya salad, massaman curry, coconut ice cream... I tyle innych, których nazw już nie pamiętam...
Zostało wspomnienie smaków i zapachów i kalejdoskop zdjęć.

sobota, 21 listopada 2015

Przy tablicy

Czasem ktoś pyta mnie, jak się czuję jako mama. Trudno mi wtedy odpowiedzieć. Chociaż prawda jest taka, że jako mama czuję się tak samo, jak jako człowiek ogólnie... Po prostu będąc mamą, pewne rzeczy stają się bardziej wyraźne, czasem są to rzeczy, o których wolałabym nie myśleć, zapomnieć.
Przykład. Wbrew zupełnie odmiennym pozorom, często czuję się bardzo niepewnie. Polegam na opinii innych, choć tak bardzo cenię sobie własne zdanie. W większości spraw temat ten mam jakoś opanowany - radzę sobie w pracy, życiu domowym, rodzinnym. Radzę sobie, czyli czuję się pewnie w tych rolach, znam swoje zdanie i mogę na nim polegać.
Inaczej jest jednak w roli mamy. Pisałam już o tym kiedyś - w końcu jestem debiutantką, więc na pewno wszyscy wiedzą wszystko lepiej ode mnie... Przynajmniej tak mówi często jakiś głos w mojej głowie. I niby minęło już trochę czasu, może nie za dużo, bo tylko rok z okładem, ale za to rok intensywny, do tego pełen lektur, przemyśleń, dyskusji... Niby wiem już co nieco, słucham tego głosu, który płynie gdzieś z wewnątrz mnie, z serca, a który zawsze wie, co i jak zrobić... I niby mam już tę pewność i spokój, że to jest właśnie ścieżka, którą chcę podążać i podążam, a mimo to...
Mimo to, kiedy tylko ktoś, powiedzmy, mniej "oswojony", uraczy mnie jakąś złotą radą rodzicielską albo po prostu podzieli się swoim osobistym doświadczeniem lub poglądem, odmiennym od mojego, od razu działa tamten drugi głos, ten przyczajony gdzieś w zakamarku głowy. Głos, który sprawia, że od razu się jakby kulę , kurczę, moje spojrzenie ucieka gdzieś w podłogę, dłonie plączą się nerwowo, tak samo jak myśli i słowa. Zupełnie jak dawno, dawno temu, pod tablicą na lekcji fizyki.
A potem jeszcze te długie minuty, godziny, a nawet dni, kiedy myślę: "a może jednak on / ona miała rację? Może to ja się mylę, może robię źle, może jednak marna ze mnie matka?" I tak dalej, i tak dalej... Długo musi minąć, nim znów zacznę słuchać i ufać sobie, na dodatek zawsze ktoś musi mnie w tym poprzeć, tak jakbym sama dla siebie była zbyt małym autorytetem.
Bycie matką pokazuje mi jak na dłoni te wszystkie sprawy, które gdzieś tam mi nie pasują, uwierają, gniotą, a które tak chętnie schowałabym na dno szafy i nie myślała o nich wcale. Ale ma to też swoją dobrą stronę. Świadomość jest pierwszym krokiem do zmiany, powiedział mi kiedyś ktoś mądry. Więc może by tak podjąć  to wyzwanie, odkopać trupy z szafy i pozbyć się ich raz na zawsze?

środa, 11 listopada 2015

Co na talerzu? Jesienny gulasz.

Pyszny warzywny gulasz (dynia-marchew-bakłażan-soczewica, przyprawione na korzenno-pikantnie) z kaszą pęczak. Pyszne i nasyci nawet wiecznie głodną matkę karmiącą.

piątek, 6 listopada 2015

Praca czy zabawa?

Miało być optymistycznie tym razem. O jesiennych porankach coś nie wyszło, bo ich urok chyba minął wraz z październikiem... Więc może uda się o dziecinnych zabawach.

Opieka nad dzieckiem to ciężka praca. Każdy to wie. Odpowiedzialność, wysiłek, nierzadko fizyczny - podnoszenie, noszenie, a przede wszystkim psychiczny - nadążanie za zmianiającymi się nastrojami, znoszenie wszelkich fochów, foszków i dramatów, no i obmyślanie coraz to nowszych zabaw.

Właśnie. Zabawy. Ciężka sprawa, oj ciężka... Trzeba siedzieć na dywanie. Ganiać na czworakach. Chować się za fotelem. Udawać zwierzątka. Oglądać obrazki w książeczkach i o nich opowiadać. Urządzać wyścigi autek i innych miniaturowych pojazdów. Przypinać lalce spinki i pleść jej warkocze. Ubierać misie w dziecięce ubranka i mówić ich głosikami. I - najgorsze! - budować wieże z klocków.

Codziennie wraz z moją córką odkrywam nowe możliwości zabawy, codziennie odkrywam też przed sobą jakieś dawne wspomnienia z lat dziecinnych, dawnych i szczęśliwych. Codziennie poświęcam parę godzin mojego życia na tę ciężką pracę, zwaną opieką nad dzieckiem, jednocześnie sama czerpiąc z tego dużo radości, śmiejąc się i ciesząc. I czasem tylko tak się zastanawiam: kiedy indziej mam okazję się tak powygłupiać, wyszaleć, kreatywnie wyżyć, mając jednocześnie poczucie, że robię coś pożytecznego, potrzebnego, a na dodatek jeszcze tak wysoce cenionego społecznie? W końcu być matką - to brzmi tak poważnie i dumnie!

I tym optymistycznym akcentem - życzę wszystkim dobrej zabawy!