Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wynurzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wynurzenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 marca 2018

...co to ja miałam?...


Ostatnio znów są ze mną, jak stada natrętnych much brzęczą mi uporczywie w głowie... Dręczące myśli. Atakują bez ustanku. Próbuję ich słuchać, dowiedzieć się, o co im chodzi.

Co to ja miałam zrobić?....
Czy o czymś nie zapomniałam?
Czy nie zapomniała o kimś?
Czy ktoś gdzieś nie czeka, aż zadzwonię, pomyślę o nim, zadbam o niego?
Coś na pewno miałam do zrobienia... tylko co?
Coś ważnego, tak, to na pewno było szalenie ważne...
Zapomniałam, na pewno coś mi umknęło, i przez to coś się stanie... Coś zaniedbam... O coś nie zadbam...
Będą problemy... Jakaś katastrofa... Czuję to...
I to przeze mnie! Bo o czymś zapomniałam...


I tak to trwa, i trwa, i trwa... Rozpędza się, rozkręca, mącąc mój spokój i wisząc w głowie jak  ciężkie, szare chmury. Z głowy do serca idzie niepokój, potem ucieleśnia się w spłyconym oddechu, przyspieszonym biciu serca i nerwowych ruchach.


Stanę więc trochę z boku. Popatrzę na nie. Posłucham. Pozwolę im płynąć. Poczekam na deszcz. Pooddycham. Może usłyszę coś więcej. Może przyjdzie burza. Może wyjdzie słońce. Jestem ze sobą. Jestem sobą. Jestem.


zdjęcie: code404 [Pixabay]

środa, 14 lutego 2018

Szaro-czarne


Osacza mnie. Przytłacza. Przygniata. Czuję to gdzieś w piersiach i na karku. Czuję z każdym oddechem, ten ciężar, to przygniatające coś, które rośnie z dnia na dzień. Słyszę to w mojej głowie, coraz bardziej pełnej wątpliwości, niepewności, niekończących się pytań bez odpowiedzi. Słyszę to w moim wzdychaniu i pełnym wściekłości krzyku, który wydobywa się coraz częściej z moich ust. Widzę to w lustrze w moich smutnych i przestraszonych oczach, widzę to w nierozumiejącym spojrzeniu mojej małej córki.
A przecież jeszcze pamiętam, pamiętam jak było wcześniej, właściwie całkiem niedawno. Pamiętam radość, pamiętam ciekawość, energię, uśmiech. Tę lekkość, siłę i chęć, które towarzyszyły mi każdego dnia. Pamiętam mój zachwyt i niedowierzanie: nadzieję, że tak zostanie, połączoną z obawą, że wszystko pryśnie z dnia na dzień.
No i stało się - wpadłam znów w to czarno-szare miejsce, gdzie wszystko jest zbyt trudne, zbyt wielkie, skąd nie mogę znaleźć wyjścia. Kręcę się w kółko, spadając coraz niżej i niżej...

Ale... przecież tyle razy już tu byłam. Zawsze znajdowałam wyjście. Zawsze wracałam, mimo braku sił coś mnie ciągnęło z powrotem w górę.

Wrócę i teraz. Na pewno.

niedziela, 28 stycznia 2018

Czy może być... łatwo?



Często, bardzo często, dopada mnie pragnienie, może marzenie nawet - by było ŁATWO. A przynajmniej łatwiej. Żeby było prosto, normalnie, żeby rzeczy działy się same, bez wysiłku. Żebym nie musiała wszystkiego przewidzieć, zaplanować, ogarnąć, zorganizować, dopilnować, dopiąć na ostatni guzik.
Czy jestem wygodnicka? Idę na łatwiznę, za mało się staram? Tak, często tak myślę... Właściwie myślałam tak przez wiele lat. Wiele lat, kiedy poganiałam się, cisnęłam, ganiłam, tylko po to, by starać się bardziej, by było trudniej, bardziej wymagająco, bo przecież tak trzeba, bo tylko dzięki temu mogę stać się lepszym człowiekiem. Dopiero po tych wielu latach, po wielu wylanych łzach, po wielu pytaniach "dlaczego?", zaczynam powoli rozumieć, że "łatwo" nie znaczy "źle". Że mogę po prostu chcieć łatwości, że może dlatego jej chcę, bo często w życiu jest mi trudno, nawet kiedy "nie powinno"? Bo w mojej głowie zawsze tyle się dzieje, bo tworzę sobie niezliczone scenariusze, stawiam sobie wysokie wymagania, bo wiele rzeczy wokół przeszkadza mi i przytłacza.

Od jakiegoś czasu słowo "łatwo" weszło więc na stałe do mojego słownika. Kiedy go używam, od razu robi mi się dużo lżej, a życie zaczyna płynąć jakimś przyjemniejszym, zwyczajnym nurtem. I jest mi z tym po prostu... łatwiej. I szczęśliwiej.

niedziela, 7 stycznia 2018

Witaj blogu!


Witaj ponownie, mój zapomniany prawie blogu.
Witaj, Złotooka sprzed ponad 2 lat. Jakże chciałabym Cię spotkać, popatrzeć Ci w oczy i przytulić mocno, chyba nawet nic nie mówiąc, może tylko dziękując Ci za to, jaką ciężką robotę odwalasz. A potem oddaliłabym się, odpłynęła, i wróciła tu, gdzie jestem teraz.
Starsza, dużo starsza, jakby więcej niż tylko 2 lata. Mądrzejsza? Chcę tak to widzieć. Bardziej powolna, na pewno, łagodna, życzliwsza. Dla siebie samej. Cichsza. Pewnie bardziej z głową w chmurach, ale jednocześnie z sercem nieustająco ciepłym i żywym.

Patrząc na tę kosmiczną odległość, jaka dzieli mnie dzisiejszą ode mnie sprzed 2 lat... Jej, to jakbym przeżyła podróż międzygalaktyczną, po drodze katastrofę, z której cudem się uratowałam, jakbym odkryła gdzieś inną planetę, którą codziennie pomału odkrywam, jakbym próbowała teraz wrócić Do Domu, ale wrócić tak naprawdę bardzo, bardzo powoli, stawiając kroki ostrożnie i z rozwagą.

Wracam.

sobota, 8 lipca 2017

Chłodna poduszka

Pewien mądry człowiek powiedział mi kiedyś, że lubi dotyk chłodnej poduszki na policzku. Zastanawiał się, czy inni ludzie także to lubią. Jego stwierdzenie wydało mi się wtedy tak banalne i groteskowe. Któż by się rozmyślał o takich drobiazgach, jak dotyk chłodnej poduszki? Są przecież sprawy bardziej istotne, wewnętrzne przeżycia, tęsknoty, cierpienia, niespełnione marzenia... Byłam tak pochłonięta swoją własną przepełniającą mnie udręką, tak przekonana o tym, że jestem na nią skazana, że takie drobiazgi jak dotyk chłodnej poduszki na policzku nie zajmowały mojej uwagi ani przez chwilę.

Od tej rozmowy minęło parę lat. A jednak wryła mi się ta chłodna poduszka w pamięć. I teraz wróciła do mnie. Chłodny dotyk na policzku. Tak, oczywiście, że to lubię. Przecież to takie przyjemne uczucie. Tak miło zanurzyć się w pościeli i poczuć ten chłodny dotyk tkaniny na skórze. Ba, przecież w nocy niejednokrotnie przewracam poduszkę na drugą stronę, po to tylko, żeby poczuć ten chłód...

Dlaczego właśnie teraz to wróciło do mnie? Czyżbym pokonała moją wewnętrzną udrękę? Może powolutku, pomalutku zaczynam ją rozkruszać. Może kiedyś się jej pozbędę? W każdym razie, przynajmniej zaczynam w to wierzyć. Powoli kiełkuje i dojrzewa we mnie taka myśl: a co, jeśli to wszystko jest jednak tak proste? A co, jeśli chodzi właśnie o tę chłodną poduszkę, o widok różowego nieba w letni wieczór, o śpiew ptaków w uszach, i przyjemność, gdy czuję ziemię pod stopami? A co, jeśli to właśnie te banalne drobiazgi nadają życiu sens, smak, dają radość, a co jeśli - jeśli właśnie to jest SZCZĘŚCIE?

Wracam myślami do tamtej rozmowy... i myślę teraz, że utkwiła mi w pamięci dlatego, że już wtedy czułam, że rozmawiam ze szczęśliwym człowiekiem. Człowiekiem, który nie broni się przed szczęściem z całych sił, tylko z łagodnym uśmiechem przyjmuje te wszystkie banalne drobiazgi, które spotykają nas każdego dnia. Może i ja zdołam nabyć tej mądrości, może jestem blisko, skoro wreszcie zrozumiałam i zaakceptowałam, że i mnie cieszy dotyk chłodnej poduszki na policzku.

środa, 30 września 2015

Jesienne chmury

Mało ode mnie ostatnio. Pewnie dlatego, że przyszła jesień. Jesienią zawsze szare chmury zbierają się nade mną i we mnie. Różne chmurne myśli i nastroje mnie nawiedzają. Tak jest i tym razem. Myśli smutne, ponure, w piersiach jakiś taki ucisk, coś jak kamień na sercu. Łzy czasem z oczu płyną. Jesień.

Ale... liście opadną, spadnie śnieg, chmury zawisną jeszcze niżej, bo i zimno, i ciemno, będzie jeszcze więcej smutków, do czasu, aż pojawią się przebiśniegi, i wtedy znów zapomnę o tym kamieniu, przyjdzie nowa energia wraz z wiosną.

A na razie, jak każdej jesieni, próbuję odganiać te chmury i zrzucić kamień, jakiś porządek zrobić w głowie i w sercu. Nie jest łatwo, jak co roku, nigdy nie jest łatwo. Ale zawsze jest ta nadzieja - a nuż tym właśnie razem się uda...

wtorek, 22 września 2015

Dzieci to diabelskie stworzenia!

Wróciwszy do pracy, można się wielu rzeczy dowiedzieć, a także poszerzyć swoje myślowe horyzonty. Na przykład poprzez przysłuchiwanie się rozmowom innych ludzi.
Taka też okazja spotkała mnie dziś. Rozmowa dotyczyła... dzieci. (Mój ulubiony temat od ponad roku.) Uczestniczyły w niej trzy koleżanki: jedna, która właśnie posłała swoje dzieci pierwszy raz do przedszkola, przeżywająca wraz z nimi dramatycznie te rozstania,orazi dwie bezdzietne, udzielające jej wielu cennych rad:
"Nie daj się, bądź twarda, pamiętaj, że on wymusza"
"Popłacze, popłacze i mu przejdzie"
"Nie możesz ustąpić, bo będziesz miała przerąbane!"
i tym podobne mądrości, okraszone na koniec tekstem "Dzieci to diabelskie stworzenia!"

A ja, mieszając kawę, słuchałam tego z mieszanymi uczuciami. Przecież jeszcze dwa lata temu pewnie bym im wtórowała, przekonana o tym, że dziecko, jako wroga numer 1, należy przede wszystkim "ujarzmić" i nie dać mu się sterroryzować.

Jakże punkt widzenia zależy od punktu siedzenia...

niedziela, 30 sierpnia 2015

Hałas w głowie

Znacie to? Jeśli jesteście kobietami, to pewnie tak... Zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, zawsze ten hałas w mojej głowie... Na spacerze, w kąpieli, w łóżku, przy zmywaniu... "A co jutro na obiad? A kiedy pranie? Zakupy?" Toż to listę trzeba zrobić... Ze wszystkim zdążyć, zaplanować, przemyśleć... Więc myślę dalej - a raczej myśli moja głowa, czy chcę, czy nie. "Może jakiś wyjazd? Albo ciuch jakiś kupię... A może pracę trzeba zmienić?" I jeszcze czasem grubszego kalibru: "Czy on mnie jeszcze kocha? A ja jego? Czy moje dziecko jest szczęśliwe? Czy ja się w ogóle nadaję na matkę???"
Jejku, ileż bym dała, żeby umieć czasem po prostu wyłączyć ten męczący szum...

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Zatrzaśnięte drzwi

Jeśli życie to żegluga...
Moja łódź płynie po szerokich wodach, czasem spokojnych, czasem wzburzonych. Jakiś czas temu obrałam azymut "dziecko", droga była długa i mozolna, prowadziła przez sztormy i burze. Ale udało się. Dotarłam, wylądowałam na wyspie "mama". Początkowo nie do końca mi się tam podobało, było zbyt trudno i zbyt bezludnie. Ale potem się zadomowiłam, zaczęłam czuć się tam coraz lepiej, aż w końcu na dobre ugrzęzłam. Moja łódka dryfuje zapomniana gdzieś przy brzegach, zbierając deszcz i kurz... Coraz ciężej ruszyć ją z mulistego brzegu, wyspa trzyma mnie i nie pozwala się wyrwać choćby na chwilę.
Ugrzęzłam na wyspie "mama", a wewnątrz mnie coś się zamknęło. Jak zatrzaśnięte drzwi, których nawet nie próbowałam otwierać przez wiele miesięcy, a teraz tak ciężko się dobić. A za drzwiami pewnie nadal jestem Ja - ta sama co rok, dwa, dziesięć, trzydzieści lat temu. Muszę ją odnaleźć, spotkać się z nią na nowo i uściskać tak mocno, jak robię to co dzień z moim dzieckiem.
Czas znów wypłynąć na szerokie wody... Wyspa niech czeka jak bezpieczna przystań, ale przecież tyle innych lądów do odwiedzenia i odkrycia! Muszę tylko otworzyć te zatrzaśnięte drzwi...

piątek, 19 czerwca 2015

Ogarniam chaos

Lubię kontrolować sytuację. Mieć wszystko załatwione, zrobione, zorganizowane. Od jakichś niepamiętnych czasów towarzyszą mi więc listy - zdań, czynności do wykonania, listów do napisania, książek do przeczytania, płyt do kupienia... Uwielbiam je, bo dają mi poczucie, że właśnie ogarniam, że ten wszechobecny chaos się jakoś uładza i jest mi posłuszny.

Czasem jednak w życiu przychodzą chwile, kiedy chaos zwycięża. Listy zadań się kurzą, nikt nawet na nie nie zagląda, bo tu i teraz wymaga zbyt wielu wyczerpujących zadań, i po prostu na resztę nie starcza czasu i energii. To jest stan tzw. nieogarniania, czyli coś, czego nie znoszę. Wpędza mnie niemal w panikę, a na pewno - zbytnią nerwowość, zaczynam machać nogą i obgryzać paznokcie. Albo chodzę jak bomba zegarowa, gotowa zaraz wybuchnąć, z okrzykiem na ustach: "nie ogarniam!"
Potem znów robi się lepiej, energia powoli wraca, robię nową listę zadań, na początku patrzę na nią z przerażeniem, ale tylko przez chwilę. A potem znów - działam, załatwiam, robię, organizuję! A to wszystko z wielkim "uff, nareszcie znowu OGARNIAM".

Niestety, chyba nie umiem inaczej. Przecież wiem, że to tylko złudzenie, że sama siebie omamiam, bo tak naprawdę świat dookoła jest nieogarnialny, a życie to pasmo wydarzeń w ograniczonym stopniu ode mnie zależnym. Wiem, że daję sobie w ten sposób tylko jakąś namiastkę, iluzję kontroli czegoś, czego kontrolować się tak naprawdę nie da. Zapewne wynika to z tego i owego, może nawet jakiś psychiatra, pochylając się nad tym przypadkiem, czegoś ciekawego by się dopatrzył. Wszystko to wiem, ale co z tego, skoro nie umiem inaczej.

A gdyby jednak... Chociaż tak po troszeczku, malutko, dać się pochłonąć temu chaosowi... Przez chwilę "go with the flow"... Może dzisiaj nie będę planować obiadu na jutro, tylko jutro na szybko zrobię to, na co mam ochotę? A może w weekend jakiś spontaniczny wyjazd?
Heh, już na samą myśl gryzę paznokcie... Cóż. Może czas zaakceptować, kim i jaka jestem.

poniedziałek, 9 marca 2015

Czemu by nie?

Wszyscy blogują. To czemu nie ja? Od dziecka miłośniczka skrobania w pamiętnikach, od wielu lat uzależniona od internetu, czyż blog nie jest idealnym wprost dla mnie narzędziem?
O czym będzie? Zobaczymy. O tym, co w mojej głowie, co mi po niej chodzi i się kołacze. Ostatnio większość moich myśli zajętych jest przez moją pierworodną, więc pewnie głównie o niej... ale może nie tylko.