Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mamą być. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mamą być. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lipca 2017

Po prostu mama

Rodzimy dzieci po to, żeby je mieć blisko, tulić, kochać. Chcemy spędzać z nimi czas, obserwować, jak rosną i się rozwijają. Chcemy je mieć, być z nimi.
Co się więc dzieje takiego, że gdy już je mamy, robimy wszystko, by je od siebie odłączyć, oddzielić, oddalić? Odkładamy je do łóżeczka, odstawiamy od piersi, chcemy, żeby same zasypiały, bawiły się, radziły sobie z rozczarowaniami. Czasem bardzo pragniemy tego oddalenia, tylko po to, by poczuć się znowu sobą, tym kimś, kim byłyśmy całe życie przed pojawieniem się małego człowieczka, który całkowicie je odmienił. A czasem wcale tego nie chcemy: chcemy być blisko, nosić, tulić, karmić, rzucić wszystko i poświęcić się tylko tej najważniejszej już teraz osobie. Pragniemy tego, ale wcale tego nie robimy... Dlaczego?
Czy dlatego, że zewsząd słyszymy, jak ważne jest, byśmy oprócz bycia mamą były kobietami, żonami, pracownicami?
A może tak bardzo boimy się przyznać, że już nie chcemy być tylko nimi, że coś się zmieniło, i to zmieniło tak bardzo, że nic tego nie odwróci - już nigdy nie będziemy takie, jak przedtem.
Naprawdę dobrze się czasem oddalić, pobyć trochę tylko ze sobą. Ale dobrze też posłuchać czasem swego serca, które mówi, żeby być razem ze swoim dzieckiem, kochać je, tulić i wspierać, kiedy tylko tego potrzebuje. Być mamą, tak jak tego chciałyśmy.

sobota, 21 listopada 2015

Przy tablicy

Czasem ktoś pyta mnie, jak się czuję jako mama. Trudno mi wtedy odpowiedzieć. Chociaż prawda jest taka, że jako mama czuję się tak samo, jak jako człowiek ogólnie... Po prostu będąc mamą, pewne rzeczy stają się bardziej wyraźne, czasem są to rzeczy, o których wolałabym nie myśleć, zapomnieć.
Przykład. Wbrew zupełnie odmiennym pozorom, często czuję się bardzo niepewnie. Polegam na opinii innych, choć tak bardzo cenię sobie własne zdanie. W większości spraw temat ten mam jakoś opanowany - radzę sobie w pracy, życiu domowym, rodzinnym. Radzę sobie, czyli czuję się pewnie w tych rolach, znam swoje zdanie i mogę na nim polegać.
Inaczej jest jednak w roli mamy. Pisałam już o tym kiedyś - w końcu jestem debiutantką, więc na pewno wszyscy wiedzą wszystko lepiej ode mnie... Przynajmniej tak mówi często jakiś głos w mojej głowie. I niby minęło już trochę czasu, może nie za dużo, bo tylko rok z okładem, ale za to rok intensywny, do tego pełen lektur, przemyśleń, dyskusji... Niby wiem już co nieco, słucham tego głosu, który płynie gdzieś z wewnątrz mnie, z serca, a który zawsze wie, co i jak zrobić... I niby mam już tę pewność i spokój, że to jest właśnie ścieżka, którą chcę podążać i podążam, a mimo to...
Mimo to, kiedy tylko ktoś, powiedzmy, mniej "oswojony", uraczy mnie jakąś złotą radą rodzicielską albo po prostu podzieli się swoim osobistym doświadczeniem lub poglądem, odmiennym od mojego, od razu działa tamten drugi głos, ten przyczajony gdzieś w zakamarku głowy. Głos, który sprawia, że od razu się jakby kulę , kurczę, moje spojrzenie ucieka gdzieś w podłogę, dłonie plączą się nerwowo, tak samo jak myśli i słowa. Zupełnie jak dawno, dawno temu, pod tablicą na lekcji fizyki.
A potem jeszcze te długie minuty, godziny, a nawet dni, kiedy myślę: "a może jednak on / ona miała rację? Może to ja się mylę, może robię źle, może jednak marna ze mnie matka?" I tak dalej, i tak dalej... Długo musi minąć, nim znów zacznę słuchać i ufać sobie, na dodatek zawsze ktoś musi mnie w tym poprzeć, tak jakbym sama dla siebie była zbyt małym autorytetem.
Bycie matką pokazuje mi jak na dłoni te wszystkie sprawy, które gdzieś tam mi nie pasują, uwierają, gniotą, a które tak chętnie schowałabym na dno szafy i nie myślała o nich wcale. Ale ma to też swoją dobrą stronę. Świadomość jest pierwszym krokiem do zmiany, powiedział mi kiedyś ktoś mądry. Więc może by tak podjąć  to wyzwanie, odkopać trupy z szafy i pozbyć się ich raz na zawsze?

piątek, 6 listopada 2015

Praca czy zabawa?

Miało być optymistycznie tym razem. O jesiennych porankach coś nie wyszło, bo ich urok chyba minął wraz z październikiem... Więc może uda się o dziecinnych zabawach.

Opieka nad dzieckiem to ciężka praca. Każdy to wie. Odpowiedzialność, wysiłek, nierzadko fizyczny - podnoszenie, noszenie, a przede wszystkim psychiczny - nadążanie za zmianiającymi się nastrojami, znoszenie wszelkich fochów, foszków i dramatów, no i obmyślanie coraz to nowszych zabaw.

Właśnie. Zabawy. Ciężka sprawa, oj ciężka... Trzeba siedzieć na dywanie. Ganiać na czworakach. Chować się za fotelem. Udawać zwierzątka. Oglądać obrazki w książeczkach i o nich opowiadać. Urządzać wyścigi autek i innych miniaturowych pojazdów. Przypinać lalce spinki i pleść jej warkocze. Ubierać misie w dziecięce ubranka i mówić ich głosikami. I - najgorsze! - budować wieże z klocków.

Codziennie wraz z moją córką odkrywam nowe możliwości zabawy, codziennie odkrywam też przed sobą jakieś dawne wspomnienia z lat dziecinnych, dawnych i szczęśliwych. Codziennie poświęcam parę godzin mojego życia na tę ciężką pracę, zwaną opieką nad dzieckiem, jednocześnie sama czerpiąc z tego dużo radości, śmiejąc się i ciesząc. I czasem tylko tak się zastanawiam: kiedy indziej mam okazję się tak powygłupiać, wyszaleć, kreatywnie wyżyć, mając jednocześnie poczucie, że robię coś pożytecznego, potrzebnego, a na dodatek jeszcze tak wysoce cenionego społecznie? W końcu być matką - to brzmi tak poważnie i dumnie!

I tym optymistycznym akcentem - życzę wszystkim dobrej zabawy!

sobota, 3 października 2015

Takie sobie popołudnie

Wracam do domu po pracy. Liczę na chwilę relaksu. Ale ona już dawno nie śpi. Następuje totalna aneksja mamy. nawet nie mogę się przebrać, załatwić. Niania wychodzi, ja zostaję w mini, szpilki w przedpokoju cudem zdjęte. W kiblu nie byłam, idziemy razem. Za to biust ciągle na wierzchu. Mała marudzi - zęby, katar. Kiedy tylko wstaję - czepia się moich nóg i płacze. Ciągle coś pokrzykuje, coś opowiada. W kółko to samo: "bi", "me", "ba". I w kółko te same książeczki mi przynosi... No i nie chce spać. To znaczy chce, ale nie zasypia. Tylko "bi", "me", "ba"...
Jestem coraz bardziej zła. Znowu mnie rozbiera. I... gryzie! Naprawdę mocno. Krzyczę. Przepraszam. Jestem zła na siebie. Moja irytacja rośnie. Kolejne zawodzenie pod moimi nogami, kolejne ugryzienie - i znów wybucham. I dalej się złoszczę. Jestem jak bomba zegarowa. Ona - nadal nie śpi. Przy każdym moim krzyku płacze jeszcze bardziej. Ja już siebie prawie nienawidzę, nie wiem, co we mnie wstępuje. W końcu płaczemy obie...

Potem kawa, spacer, zakupy, zbieranie kamyczków... I jest dobrze. Prawie zapominam o tym diabelskim szale, który mnie (nas?) wcześniej opętał...

piątek, 28 sierpnia 2015

Mama wraca do pracy

...i wysypały się na mnie: cienie do powiek, pomadki, lakiery do paznokci i kolczyki! Tyle kolczyków! Patrzyłam zadziwiona, z otwartą buzią, jakbym pierwszy raz w życiu te cuda widziała. A tu jeszcze podkłady, róże do policzków, jakieś kulki brązujące, bazy pod makijaż... Matulu, to naprawdę wszystko moje???

No to przy okazji przegląd się zrobi, bo większość przeterminowana już pewnie - pomadki zaschnięte, lakiery stwardniałe, cienie skamieniałe... Na szczęście jakaś mała pomocnica się znalazła, zaraz zaczęła wszystko z szuflady wyciągać, oglądać, otwierać, zamykać, po całym mieszkaniu roznosić...

No, to jeszcze garderobę trza uaktualnić, i można wracać do pracy!

sobota, 4 lipca 2015

Minął rok...

Minął rok. Pierwszy rok mojego macierzyństwa. Z pewnością był to najbogatszy w nowe doświadczenia rok mojego dorosłego życia. I czegóż mnie on nauczył?
Że warto zaufać sobie i swojemu sercu. Że nie warto szukać na wszystko odpowiedzi w książkach i internecie. Że życie jest pełne niespodzianek i nie ma sensu się do niczego za bardzo przywiązywać. Że czas mija bardzo szybko i fajnie by było nareszcie zacząć cieszyć się tu i teraz. Że jestem w stanie znieść niewygody i trudności dużo łatwiej, niż się spodziewałam. Że mam w sobie duże pokłady mądrości, miłości i siły. I że nadal mam jeszcze dużo, dużo do nauczenia się...
A co mogę napisać o samym macierzyństwie? Przychodzi mi do głowy takie książkowe hasło - "...i już nigdy nic nie było tak, jak przedtem". I tak właśnie jest - nic, absolutnie nic nie jest już tak, jak przedtem. Żadna pobudka rano, wieczorne zasypianie, mycie zębów, zjedzony obiad, stanie przy garach, wyjście z domu, spacer, przejażdżka rowerowa, praktyka jogi... Wszystko jest inne, wszystko jest przesiąknięte świadomością, że oto jest - obok lub gdzieś daleko - moje dziecko, a ja jestem jej mamą. Ciężko to wytłumaczyć, ale to gdzieś po prostu siedzi we mnie, i już na zawsze tam zostanie...

środa, 24 czerwca 2015

Tata na urlopie

W dniu 17 czerwca 2013 r. weszła w życie ustawa z dnia 28 maja 2013 r. o zmianie ustawy – Kodeks pracy oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 675) wprowadzająca nowe urlopy.
- możemy przeczytać na rządowej stronie Rodzina.gov.pl

Cudowne to prawo sprawiło, że również tata może skorzystać z części rocznego urlopu: minimum 8 tygodni, maksimum 26 (oczywiście skraca to automatycznie urlop mamy). 
Skoro może, to czemu nie skorzystać? Takie założenie przyjęliśmy w naszej rodzinie. A że minimalny czas to 8 tygodni, to mamy prawdziwe długie, rodzinne wakacje. Minął właśnie ich siódmy tydzień. Siedem tygodni, podczas których tata (prawie) zawsze ma czas dla córki, odciążając tym samym wiecznie zapracowaną mamę, dając jej chwile wytchnienia, a nawet lenistwa. 

Siedem tygodni, podczas których zaobserwowałam niesamowitą przemianę. Z taty wiecznie zmęczonego, niedospanego, bez energii, w tatę radosnego, zawsze chętnego do zabawy, uśmiechniętego. Z taty z lekka spanikowanego przed każdym moim popołudniowym wyjściem (o wieczornych nawet nie wspominając), w tatę radzącego sobie bez żadnej pomocy z kolacją, kąpielą, wieczornymi rytuałami, a nawet ululaniem córeczki. Z taty wyczekującego na chwilę odpoczynku od dziecka, w tatę witającego córkę z ogromnym uśmiechem od ucha do ucha, zakochanego w niej bez pamięci. 
Z taty może trochę jeszcze niepewnego, w tatę spełnionego w swojej roli, czerpiącego z niej radość i satysfakcję. I już martwiącego się tęsknotą, która zacznie się za tydzień...

Co ciekawe, przemianie uległa także nasza córka. Stała się bardziej radosna, otwarta, śmiała, łatwiej znosi rozstania ze mną, jest coraz mądrzejsza, bystrzejsza i bardziej komunikatywna. Oczywiście takim samym przemianom mogłaby ulec bez taty w domu, w końcu małe dzieci rozwijają się w błyskawicznym tempie, jednak kto wie, czy ta sytuacja nie miała pozytywnego wpływu? A już na pewno miała wpływ na to, jak bardzo córeczka jest obecnie zakochana w swoim tatusiu, do którego co chwila radośnie woła "tata!" (osiągnięcie tego tygodnia), uwielbia się z nim bawić, przytulać, zasypiać...

Reasumując - urlop rodzicielski dla taty: serdecznie polecam! Jedyny minus tego wszystkiego jest taki, że ze mnie zrobił się wielki leń i już się boję, jak to będzie za tydzień, gdy znów zostaniemy same...

środa, 10 czerwca 2015

Jak przegrałam walkę

Prawie rok temu zaczęłam walkę. Walkę na wielu frontach w jednej wojnie - ja kontra moje nowo narodzone dziecko. Gra toczyła się o wysoką stawkę - moją wolność, czas, porządek w domu i w życiu. Żeby było choć trochę tak jak dawniej. Znalazłam wielu sojuszników - bardziej doświadczone mamy w moim otoczeniu i internecie, babcie, ciocie, położne, lekarki, sąsiadki, no i oczywiście różnego rodzaju poradniki służące dobrą radą każdej zdesperowanej młodej wojowniczce.

I zaczęło się. Dziesiątki, a może setki bitew, czasem wygranych, często przegranych. O zaśnięcie właśnie tu i właśnie teraz. I właśnie TAK - bez piersi w buzi, albo bez bujania na rękach, albo bez noszenia w chuście... O spanie tak, jak ja chcę - czyli daleko od moich ramion i piersi, najlepiej w swoim pokoju i łóżeczku, bo przecież muszę mieć czas dla domu i siebie. I jeszcze walki o pierś - jest w końcu moja i mogę nią rozporządzać, więc nie zgadzam się na udostępnianie jej 20 razy dziennie albo na 40 minut co godzinę. W końcu walki o moją osobę - bo przecież jeżeli chcę właśnie teraz posiedzieć z kawą przed komputerem, to mam do tego prawo, do chwili spokoju bez rzucania wszystkiego na sygnał. A jeśli chcę mieć wolne ręce, to nie po to, żeby chwycić nimi rozkrzyczane dziecko, tylko po to, żeby np. obrać ziemniaki albo pozamiatać, albo pomalować rzęsy. 
O potyczkach o ubieranie, zmianę pieluchy, wytarcie nosa nawet nie wspomnę, bo nie są tego warte.


W miarę brnięcia w tą nierówną walkę zaczęłam zauważać, jak coraz bardziej słabnie moja przewaga, a za to wyczerpują się siły. Determinacja słabła, wiara w zwycięstwo oddalała się coraz bardziej za horyzont. I tak po kolei zaczęłam odpuszczać. Cycek ciągle na wierzchu? Ok. Niech się wstydzi ten, kto widzi. Drzemki tylko na mojej klacie? Ok. Mam więcej czasu na internet i czytanie. Nie chce pieluchy? Ok, pobiega nago, najwyżej zetrę plamę z wykładziny. I tak dalej, i tak dalej...

Minął niemal rok, przyszedł czas rozliczeń. Uczciwie więc muszę przyznać - walkę przegrałam. Dzidzia usypia w moich ramionach, z piersią w buzi, bujana w rytm muzyki. Cyckiem częstuje się kiedy i jak chce, stawiając mnie nieraz w niezręcznych sytuacjach. Średnio raz dziennie odrywa mnie od relaksu przy komputerze, często też przerywa prace domowe swoimi głośnymi protestami. Zdarza się nam też wracać ze spaceru na rękach u mamy, pchającej wózek ciężarem swego ciała.

Cóż. Od początku miała przewagę - w końcu kto się oprze temu bezbronnemu spojrzeniu i tym dzikim krzykom. Z perpektywy czasu mogę stwierdzić tylko jedno - żałuję, że w ogóle tą walkę zaczęłam. O ile łatwiej i przyjemniej byłoby poddać się już na starcie...

czwartek, 7 maja 2015

O wolności ciąg dalszy

Mało postów ostatnio. Bo czasu jakoś brak, pogoda piękna, dużo spraw na głowie, a dzidzia nie pozwala się zająć czymś innym, niż ona. No ale teraz mam przez jakiś czas małżonka w domu, więc może postów przybędzie. 

Będzie znowu o wolności, już chyba trzeci post z tej serii! Temat jak widać na czasie.

Dzisiaj całą rodzinką wybraliśmy się na zajęcia dla maluchów, gdzie zazwyczaj chadzam sama z moją pociechą. Plan był taki, że zostawiam tatę z dzidzią i zmykam na zakupowe szaleństwo (czyt. pobliski Rossmann). Realizacja planu była taka, że tata z dzidzią zostali, ja na zakupy pobiegłam, w pędzie je zrobiłam, a w jeszcze większym pędzie wróciłam, po czym usiadłam w kąciku na sali i obserwowałam, jak tam sobie radzą bez Wszystko Najlepiej Wiedzącej Mamy (o dziwo, radzili sobie świetnie, a dzidzia była w dużo lepszym humorze, niż zazwyczaj w moim towarzystwie). Oczywiście za tak rychłe przyjście zostałam ochrzaniona w żartobliwym tonie, że niby nie mogłam wytrzymać, przybiegłam na kontrolę i takie tam.

Co wynika z tej krótkiej opowieści? To, że uwielbiam wszystko kontrolować, to fakt. Tatę zajmującego się dzidzią - tym bardziej. Czy chodzi o brak zaufania? Nie sądzę. Wiem, że radzą sobie razem świetnie, nawet jeśli włoży jej nie te skarpetki czy bluzę, które ja bym włożyła. Tutaj jednak chodzi o coś innego. Uświadomiłam sobie to podczas tego szybkiego biegu z Rossmanna do klubu dla maluchów.

Zespolenie. Jedność. Nierozerwalność. Od 19 miesięcy, licząc od momentu poczęcia, jesteśmy ze sobą niemal non stop, ja i moje dziecko. Przez ostatnie 10 zdarzały nam się rozstania, ale nie licząc pierwszego tygodnia rozdzielenia wbrew naszej woli (historia na osobną opowieść), były to rozstania krótkie, jak najkrótsze, i prawie zawsze (lub zawsze) okraszone moim stresem. A poza tym - dzień i noc razem, przez wiele godzin dosłownie przyklejone do siebie, czy to podczas noszenia na rękach, w chuście lub nosidełku, czy podczas karmienia piersią, gdy jesteśmy jeszcze bardziej złączone. To jest właśnie to cudowne, a zarazem przytłaczające uczucie bycia matką niemowlaka, niezbędną do życia i szczęścia, a może zniewoloną i uwiązaną. Tak naprawdę i to, i to zarazem.

Aż tu nagle - mama się oddala od swojego dziecka. Zamyka drzwi, wychodzi, dziecko zostaje z kimś innym, zajmuje się jakimiś sprawami, mama nie widzi, jakimi, nie słyszy, jak płacze, nie jest w zasięgu, żeby je przytulić, nakarmić, pocieszyć, zaspokoić jego potrzeby. Następuje odłączenie, coś, co ja czuję niemal fizycznie, jakby brakowało jakiejś części mnie. Pojawia się za to wolność, pojawiam się znów JA, sama, tak jak wcześniej. I pojawia się świadomość jeszcze jednej kwestii - dziecko istnieje niezależnie ode mnie, jest odrębnym bytem, choć potrzebuje mnie do szczęścia, to już niekoniecznie do przetrwania, jak było przez pierwszych 9 miesięcy spędzonych wewnątrz mnie. Żyje, doświadcza, rośnie, uczy się; niezależnie od tego, czy będę obok, czy nie, czy będę to kontrolować, czy nie. 

I ta świadomość też, jak wszystko, jest trochę taka, trochę taka - przynosząca zarazem ulgę, że oto nie wszystko zależy ode mnie, jak i żal, że ta cząstka mnie jednak odrywa się i w pewnym sensie ją tracę...

sobota, 18 kwietnia 2015

Mama ma wolne

Dziś tata zabrał dzidzię do babci. Zapakował butlę mleka odciągniętego wczoraj na 3 tury, żeby na pewno starczyło, ubranka i pieluszki na zmianę, parę zabawek, i pojechali.

A więc mama ma wolne.

Na początek joga, czyli moje cotygodniowe "wolne". Zazwyczaj wygląda to tak: rano pęd, żeby się nie spóźnić, ostatnie karmienie przed wyjściem z nerwowym patrzeniem na zegarek, potem spóźnienie mimo pirackiej jazdy pełnym gazem przez miasto, po jodze szybkie zakupy w galerii i pędem do domu, żeby zdążyć z cycem. Dziś inaczej - nie trzeba pędzić, więc pełen luz, mam czas (oczywiście spóźnienie na jogę jak zwykle zaliczone).

No i co robi mama, która ma wolne? Nie wraca do pustego domu, bo tam czeka sprzątanie, pranie i takie tam. Buszuje więc po galerii handlowej. Głównie - po działach niemowlęcych sklepów odzieżowych. Ogląda też w międzyczasie buty dla siebie (nic), a potem relaksuje, pijąc kawkę w kawiarni, a w ramach relaksu szykuje post na bloga o życiu młodej mamy... 

Znowu pewnie nic sobie nie kupię, zjem byle co w wege fast food'zie, a potem wrócę wykończona do domu i na szybko będę sprzątać i robić pranie... Ech, czyżbym kompletnie zatraciła już zdolność odpoczynku? Pewnie nawet spokojną, samotną noc (moje ostatnie marzenie) spędziłabym, bezsennie przewracając się z boku na bok i rozmyślając o dzidzi lub nawale obowiązków...

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

10 abstrakcyjnych pojęć w życiu matki karmiącej

... a przynajmniej w moim życiu :)

1) przespane noce - z przyklejonym do piersi ssakiem, co jakiś czas budzącym się z żałosnym krzykiem lub kwęczeniem, to doprawdy niemożliwe

2) kac - chyba że po nieprzespanej nocy, uczucie w zasadzie podobne

3) spontaniczny wypad na zakupy - albo w ogóle gdziekolwiek; wszystko trzeba zaplanować i przygotować (opieka dla dziecka, odciągnięte mleko, rozkład drzemek, itd itp)

4) hobby - oczywiście wyłączając gotowanie w pośpiechu, czytanie artykułów o dzieciach i blogów parentingowych oraz plotki z sąsiadkami z placu zabaw na temat wysypek, pieluszek i smoczków

5) relaks - matka karmiąca zawsze czujna, zawsze zwarta, zawsze gotowa! Z cycem w pogotowiu, rzecz jasna

6) elegancja - o ile nie uznamy za nią nieodłącznego zestawu legginsy + tunika, oczywiście z jak największym dekoltem

7) jasność umysłu - z powodu tak zwanej lasacji laktacyjnej część mózgu się odłącza, w związku z czym np. ze sklepu zawsze przynoszę tylko połowę potrzebnych rzeczy (bo lista zakupów została w domu)

8) nieskrępowany seks - możliwy, ale tylko do pierwszego zawołania małego ssaka, którego nigdy nie sposób przewidzieć, a zazwyczaj następuje w najmniej pożądanym momencie

9) mięśnie brzucha - niestety w fazie permanentnego uwstecznienia

10) samotność - bo nawet podczas tych szalonych zaplanowanych wypadów do Tesco głowa i serce zawsze zostają przy ssaczku... [ja nawet już mówię o sobie w liczbie mnogiej, do tego to doszło]

wtorek, 31 marca 2015

Konkurs Matek-Polek

Nie rozmawiam o tym z innymi mamami, bo tak głupio jakoś.
Ale czasami mam wrażenie, że wszystkie mniej lub bardziej świadomie uczestniczymy w jakimś konkursie na najlepszą Matkę-Polkę. Która z nas lepiej sobie radzi. Która więcej i ciekawiej ugotuje, ładniej posprząta, a to wszystko z pędrakiem pałętającym się pod nogami lub wiszącym na rękach. Czasem w grę wchodzą dodatkowo starsze dzieci; wtedy stopień trudności wzrasta. "Ooo, ta to sobie świetnie radzi! Nie to, co ja..." - myślimy o takiej mamie. Przecież to tak porządnie, honorowo, wszystko robić samej, nie prosić nikogo o pomoc, nie wynajmować niani do pomocy ani pani do sprzątania. Więc tyramy codziennie, starając się zrobić 500 rzeczy naraz, przy tym pięknie wyglądać, świetnie się ubierać, dbać o swoją fryzurę i manicure. Tylko czasem się dziwimy, skąd to zmęczenie o 21?

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że sama też uczestniczę w tym wyścigu... Poznałam to po wyrzutach sumienia, które ogarnęły mnie w czasie, gdy ktoś inny zajmował się moim dzieckiem, a ja już skończyłam sprzątanie, gotowanie, składanie prania, i miałam czas, żeby usiąść z kawką przed komputerem.

Jeśli mnie czytacie - Matki-Polki - zwolnijcie trochę, usiądźcie z tą kawką i cieszcie się chwilą odpoczynku, bo przecież jest ich tak niewiele!

środa, 25 marca 2015

Czapki z głów!

Dzisiaj była wyjątkowo piękna pogoda - 18 stopni, słońce, lekki wiosenny wiaterek. Spędziłam więc dużo czasu na dworze. Spacerując, obserwowałam przyrodę i napotkanych ludzi. Zauważyłam ciekawe zjawisko. Otóż to, że prawie wszyscy napotkani dorośli (oprócz młodej modnisi i pana w kaszkiecie) mieli gołe głowy, specjalnie mnie nie zdziwiło - było przecież naprawdę ciepło. Zdziwiło mnie natomiast, że wszystkie napotkane dzieci poniżej lat 5 (a także wiele starszych) miały na głowach czapki, i to najczęściej zimowe. 
Z nadzieją zaglądałam do wszystkich wózków i oglądałam się za każdym przedszkolakiem. Niestety, mimo napotkanych naprawdę wielu dzieci, żadne nie było tak wyletnione, jak to znajdujące się w wózku przede mną (gwoli ścisłości muszę dodać, że wyjątek stanowił jeden chłopczyk, lat na oko 6, bawiący na spacerze z rodzicami pijącymi piwko). 
Co więcej, zwrócono mi nawet uwagę (pani lat około 60 z małym chłopczykiem lat 2, ona bez, on w czapce), że to bardzo odważnie tak dziecko bez czapki wypuszczać, bo przecież jest wiatr.

No i sama nie wiem. Jak wszyscy mówią ci, że jesteś pijany, to się połóż. Więc może rzeczywiście jestem lekkomyślną, nieostrożną matką - ryzykantką, narażającą swoje dziecko na zapalenie uszu, zatok, oskrzeli, płuc albo coś jeszcze gorszego?...

niedziela, 22 marca 2015

Trudna sztuka akceptacji

Lubię mieć wpływ. 
Kiedy coś mi się nie podoba, to to zmieniam. Kiedy zamierzam coś zrobić, to to robię. I bardzo nie lubię, kiedy coś wymyka się spod mojej kontroli i nie mogę na pewne rzeczy nic poradzić.

A jednak, jak już wielokrotnie powiedziano, macierzyństwo zmienia spojrzenie na wiele spraw. I tak w moim życiu powolutku pojawia się nowe pojęcie - pokora. 
Cóż, jakoś muszę się pogodzić z tym, że moje dziecko nie śpi wtedy, kiedy mi wygodnie, płacze akurat wtedy, gdy najbardziej mnie to rozstraja, nie zjada pieczołowicie przeze mnie ulepionych warzywnych kotlecików i nie umie robić pa-pa. Na pewne rzeczy po prostu nie mam wpływu.

I kto by pomyślał, że tyle się można nauczyć od niemowlaka!

czwartek, 19 marca 2015

jak zostałam kurą domową

ON: Kochanie, to może ja dzisiaj coś ugotuję?
JA: Nie, ty się pobaw z córcią, cały tydzień mało cię widzi...

ON: OK, to ja w weekend zrobię zakupy.
JA: Nie, ja pójdę, wiesz przecież, że to dla mnie rozrywka!

ON: Piękna pogoda, może pójdziemy z małą na spacer?
JA: To wy idźcie, a ja zostanę i sobie odpocznę [czyt.: ugotuję 15 dań, zrobię pranie, zmienię pościel i zamiotę]

JA: Oj, brudno, trzeba posprzątać...
ON: To ja sprzątnę!
JA: Wiesz co, może zajmij się dzieckiem, a ja sobie posprzątam w ramach odpoczynku.

itd, itp...

I tak, dzięki dobroci mojego męża, zostałam kurą domową :)

poniedziałek, 16 marca 2015

Ile to jeszcze potrwa?

Wczoraj przed północą moja córka przebudziła się i nie mogła usnąć. Uspokajało ją tylko leżenie w moich ramionach, z pyszczkiem przy piersi. Więc najpierw trochę z nią potańczyłam, a gdy już zasypiała, usiadłam z nią na łóżku. Siedziałam tak, czekając aż uśnie na dobre, i wcale nie byłam zła, że nie śpię o północy. Było mi dobrze, z tym małym ssakiem uczepionym mnie niczym swojej jedynej nadziei. 

I myślałam: ile to jeszcze potrwa? Pół roku, może rok? Ten czas, kiedy jesteśmy dla siebie całym światem, kiedy przytulenie do mojej piersi daje błogość i bezpieczeństwo, kiedy jestem taka ważna i niezastąpiona... 

I tak trwałam w tej chwili, z tym małym, bezbronnym stworzonkiem przyklejonym ufnie do mnie, spokojna, spełniona, szczęśliwa.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

A dziś okazało się, że to urósł nowy ząb :0

niedziela, 15 marca 2015

Uśnij żesz!!!#@#$#&#!!!

Właśnie spędziłam pół godziny w sypialni, przy dźwiękach wyciszającej muzyki z płyty "Klasyka dla smyka", kołysząc się łagodnie w rytm sennych melodii z 8,5 kilowym klocuchem na rękach, przyssanym do prawego cycka i wbijającym w niego swoje dawno nieobcinane szpony... W międzyczasie Księżniczka usnęła, więc rezolutna mama chciał odłożyć dziecko do łóżka (nie, nie do takiego łóżeczka ze szczebelkami, tego używamy tylko do zabawy - do dostawki przy "dorosłym" łóżku rodziców). Dziecko podniosło raban, otworzyło oczy, silniej zacisnęło pazury, zaczęło się wiercić, drąc przy tym wniebogłosy.
No więc lulamy się znowu, pięć głębokich oddechów, siła spokoju, wyciszająca muzyka, tam-tadadam-tararam-tatadam... Klocuch znów uczepiony do cycka, pazury wbite, oczy otwarte!!! 
NO UŚNIJ ŻESZ WRESZCIE!!!

Dobra. Wymiękłam. Jest teraz z tatą (ze spania nici oczywiście), a ja - biorę pięć głębokich oddechów...

piątek, 13 marca 2015

Siła przyzwyczajenia

Wszyscy dookoła mówią mi ciągle coś o przyzwyczajeniach mojego dziecka. Że śpi najchętniej przy mnie, bo tak jest przyzwyczajona. Że lubi być w chuście, bo tak jest przyzwyczajona. Że nie lubi być w łóźeczku, bo nie jest przyzwyczajona. Itd, itp... 

Oczywiście, podążając za tymi głosami, nieraz i nie dwa próbowałam być twarda i przyzwyczaić dziecko do tego, co dla mnie wygodne. Ach, te spacery z wrzeszczącym dzieckiem, mającym przyzwyczaić się do wózka! Te batalie ze smoczkiem wtykanym na siłę do ust, z odkładaniem do łóżeczka, zamykaniem w kojcu, zasypianiem bez cyca... Itd, itp...

Jakie skutki? Pewnego dnia córka zaczęła zasypiać i spać w wózku. Dwa miesiące po tym, jak poddałam się w walce o przyzwyczajenie jej do tegoż. Smoczek traktuje jak świetną zabawkę do gryzienia, ani myśli z nim zasypiać. Po wielu tygodniach, czy może nawet miesiącach moich usilnych prób przyzwyczajenia jej do niego. Nadal nie lubi kojców, łóżeczek, kocha za to cycka i bliskość mamy i taty. I sama dokonuje wyborów, co jej odpowiada, a co nie.

Ja już się przyzwyczaiłam. 

środa, 11 marca 2015

Debiutantka w roli matki

Moje dziecko ma już ponad 8 miesięcy. Od ponad 8 miesięcy niemal 24 godziny na dobę opiekuję się nią, pielęgnuję, karmię, zabawiam, przytulam, noszę, śpię u jej boku, obserwuję... To chyba całkiem spore doświadczenie. 

Mimo to, przy każdym spotkaniu z inną matką, niezależnie od tego, czy jej dziecko ma 30 lat czy parę miesięcy, czuję się jak debiutantka pod czujnym okiem krytyka. Wręcz czasami mam ochotę powiedzieć: "jeśli robię coś źle, to daj znać".


Przy czym, rzecz jasna, jeśli którakolwiek ośmieli się dać znać, że jej zdaniem robię coś źle, wybucha we mnie natychmiastowy bunt i ta opinia nawet nie dociera do mojej świadomości.


Ot, przewrotny charakter.