sobota, 21 listopada 2015

Przy tablicy

Czasem ktoś pyta mnie, jak się czuję jako mama. Trudno mi wtedy odpowiedzieć. Chociaż prawda jest taka, że jako mama czuję się tak samo, jak jako człowiek ogólnie... Po prostu będąc mamą, pewne rzeczy stają się bardziej wyraźne, czasem są to rzeczy, o których wolałabym nie myśleć, zapomnieć.
Przykład. Wbrew zupełnie odmiennym pozorom, często czuję się bardzo niepewnie. Polegam na opinii innych, choć tak bardzo cenię sobie własne zdanie. W większości spraw temat ten mam jakoś opanowany - radzę sobie w pracy, życiu domowym, rodzinnym. Radzę sobie, czyli czuję się pewnie w tych rolach, znam swoje zdanie i mogę na nim polegać.
Inaczej jest jednak w roli mamy. Pisałam już o tym kiedyś - w końcu jestem debiutantką, więc na pewno wszyscy wiedzą wszystko lepiej ode mnie... Przynajmniej tak mówi często jakiś głos w mojej głowie. I niby minęło już trochę czasu, może nie za dużo, bo tylko rok z okładem, ale za to rok intensywny, do tego pełen lektur, przemyśleń, dyskusji... Niby wiem już co nieco, słucham tego głosu, który płynie gdzieś z wewnątrz mnie, z serca, a który zawsze wie, co i jak zrobić... I niby mam już tę pewność i spokój, że to jest właśnie ścieżka, którą chcę podążać i podążam, a mimo to...
Mimo to, kiedy tylko ktoś, powiedzmy, mniej "oswojony", uraczy mnie jakąś złotą radą rodzicielską albo po prostu podzieli się swoim osobistym doświadczeniem lub poglądem, odmiennym od mojego, od razu działa tamten drugi głos, ten przyczajony gdzieś w zakamarku głowy. Głos, który sprawia, że od razu się jakby kulę , kurczę, moje spojrzenie ucieka gdzieś w podłogę, dłonie plączą się nerwowo, tak samo jak myśli i słowa. Zupełnie jak dawno, dawno temu, pod tablicą na lekcji fizyki.
A potem jeszcze te długie minuty, godziny, a nawet dni, kiedy myślę: "a może jednak on / ona miała rację? Może to ja się mylę, może robię źle, może jednak marna ze mnie matka?" I tak dalej, i tak dalej... Długo musi minąć, nim znów zacznę słuchać i ufać sobie, na dodatek zawsze ktoś musi mnie w tym poprzeć, tak jakbym sama dla siebie była zbyt małym autorytetem.
Bycie matką pokazuje mi jak na dłoni te wszystkie sprawy, które gdzieś tam mi nie pasują, uwierają, gniotą, a które tak chętnie schowałabym na dno szafy i nie myślała o nich wcale. Ale ma to też swoją dobrą stronę. Świadomość jest pierwszym krokiem do zmiany, powiedział mi kiedyś ktoś mądry. Więc może by tak podjąć  to wyzwanie, odkopać trupy z szafy i pozbyć się ich raz na zawsze?

środa, 11 listopada 2015

Co na talerzu? Jesienny gulasz.

Pyszny warzywny gulasz (dynia-marchew-bakłażan-soczewica, przyprawione na korzenno-pikantnie) z kaszą pęczak. Pyszne i nasyci nawet wiecznie głodną matkę karmiącą.

piątek, 6 listopada 2015

Praca czy zabawa?

Miało być optymistycznie tym razem. O jesiennych porankach coś nie wyszło, bo ich urok chyba minął wraz z październikiem... Więc może uda się o dziecinnych zabawach.

Opieka nad dzieckiem to ciężka praca. Każdy to wie. Odpowiedzialność, wysiłek, nierzadko fizyczny - podnoszenie, noszenie, a przede wszystkim psychiczny - nadążanie za zmianiającymi się nastrojami, znoszenie wszelkich fochów, foszków i dramatów, no i obmyślanie coraz to nowszych zabaw.

Właśnie. Zabawy. Ciężka sprawa, oj ciężka... Trzeba siedzieć na dywanie. Ganiać na czworakach. Chować się za fotelem. Udawać zwierzątka. Oglądać obrazki w książeczkach i o nich opowiadać. Urządzać wyścigi autek i innych miniaturowych pojazdów. Przypinać lalce spinki i pleść jej warkocze. Ubierać misie w dziecięce ubranka i mówić ich głosikami. I - najgorsze! - budować wieże z klocków.

Codziennie wraz z moją córką odkrywam nowe możliwości zabawy, codziennie odkrywam też przed sobą jakieś dawne wspomnienia z lat dziecinnych, dawnych i szczęśliwych. Codziennie poświęcam parę godzin mojego życia na tę ciężką pracę, zwaną opieką nad dzieckiem, jednocześnie sama czerpiąc z tego dużo radości, śmiejąc się i ciesząc. I czasem tylko tak się zastanawiam: kiedy indziej mam okazję się tak powygłupiać, wyszaleć, kreatywnie wyżyć, mając jednocześnie poczucie, że robię coś pożytecznego, potrzebnego, a na dodatek jeszcze tak wysoce cenionego społecznie? W końcu być matką - to brzmi tak poważnie i dumnie!

I tym optymistycznym akcentem - życzę wszystkim dobrej zabawy!

niedziela, 1 listopada 2015

Nazywam się niebo

Wzięłam do ręki dziś twoją rękę
myślałam, że to za tobą tęsknię
ale się okazało, że jednak nie -
tak bardzo brakowało mi... mnie!

(Natalia Przybysz, "Nazywam się niebo")

poniedziałek, 26 października 2015

Niepomalowane paznokcie

Od 3 tygodni zamierzam pomalować wreszcie paznokcie. Od około miesiąca zbieram się do napisania postu o cudownych jesiennych porankach (tak długo, że aż przestały być tak cudowne). Piętrzą się jeszcze inne sprawy niezałatwione, odłożone, piętrzą się i mnie gniotą jakoś wewnętrznie. Nie lubię spraw niezałatwionych.

W międzyczasie mija gdzieś życie, dziecko rośnie, my się starzejemy... Tylko kartki w kalendarzu co i rusz trzeba przewracać, i to zdziwienie, że to już jesień, prawie zima, i że dni takie już krótkie...

A paznokcie nadal niepomalowane, codziennie bezlitośnie przypominają mi o moim permanentnym niedoczasie...

sobota, 3 października 2015

Takie sobie popołudnie

Wracam do domu po pracy. Liczę na chwilę relaksu. Ale ona już dawno nie śpi. Następuje totalna aneksja mamy. nawet nie mogę się przebrać, załatwić. Niania wychodzi, ja zostaję w mini, szpilki w przedpokoju cudem zdjęte. W kiblu nie byłam, idziemy razem. Za to biust ciągle na wierzchu. Mała marudzi - zęby, katar. Kiedy tylko wstaję - czepia się moich nóg i płacze. Ciągle coś pokrzykuje, coś opowiada. W kółko to samo: "bi", "me", "ba". I w kółko te same książeczki mi przynosi... No i nie chce spać. To znaczy chce, ale nie zasypia. Tylko "bi", "me", "ba"...
Jestem coraz bardziej zła. Znowu mnie rozbiera. I... gryzie! Naprawdę mocno. Krzyczę. Przepraszam. Jestem zła na siebie. Moja irytacja rośnie. Kolejne zawodzenie pod moimi nogami, kolejne ugryzienie - i znów wybucham. I dalej się złoszczę. Jestem jak bomba zegarowa. Ona - nadal nie śpi. Przy każdym moim krzyku płacze jeszcze bardziej. Ja już siebie prawie nienawidzę, nie wiem, co we mnie wstępuje. W końcu płaczemy obie...

Potem kawa, spacer, zakupy, zbieranie kamyczków... I jest dobrze. Prawie zapominam o tym diabelskim szale, który mnie (nas?) wcześniej opętał...

środa, 30 września 2015

Jesienne chmury

Mało ode mnie ostatnio. Pewnie dlatego, że przyszła jesień. Jesienią zawsze szare chmury zbierają się nade mną i we mnie. Różne chmurne myśli i nastroje mnie nawiedzają. Tak jest i tym razem. Myśli smutne, ponure, w piersiach jakiś taki ucisk, coś jak kamień na sercu. Łzy czasem z oczu płyną. Jesień.

Ale... liście opadną, spadnie śnieg, chmury zawisną jeszcze niżej, bo i zimno, i ciemno, będzie jeszcze więcej smutków, do czasu, aż pojawią się przebiśniegi, i wtedy znów zapomnę o tym kamieniu, przyjdzie nowa energia wraz z wiosną.

A na razie, jak każdej jesieni, próbuję odganiać te chmury i zrzucić kamień, jakiś porządek zrobić w głowie i w sercu. Nie jest łatwo, jak co roku, nigdy nie jest łatwo. Ale zawsze jest ta nadzieja - a nuż tym właśnie razem się uda...